piątek, 27 marca 2015

Ogrodowa obsesja

I skąd się toto bierze? Co wypycha z ciepłego łóżeczka skoro świt i gna po ogrodzie, każąc wypatrywać nowych listków, wyłążących spod ziemi kiełków, rozwijających się pąków i lokatorów budek dla ptaszków?
Dziecięciem będąc, owszem, lubiłam chodzić do lasu, grzebać patykiem w strumyku i obserwować ptaki przy karmniku, ale już prace ogrodowe to był niezbyt lubiany obowiązek. Ogród miała moja babcia i pamiętam, że rosło tam "wszystko". Potem mama uprawiała parę grządek, bardziej z konieczności i oszczędności niż zamiłowania. Takie były czasy, że normalnym było uprawianie własnych warzyw, a nawet trzymanie paru kur, jeśli tylko ktoś miał taką możliwość. Sadziło się zawsze to samo: marchew, pietruszkę i selery, które zimowały potem w piwnicy, w wiadrach z wilgotnym piaskiem, cebulę z dymki, składaną potem w koszykach oraz pory, pomidory i ogórki do zjedzenia "na już", względnie do ukiszenia. Kapusta, kupiona od rolnika kisiła się w beczce, a jabłka i gruszki pachniały na półkach. Potem czasy się zmieniły, kupowało się wszystko w warzywniaku, a grządki zarosły trawą.
Aż nagle coś mnie naszło i musiałam, no musiałam mieć własny ogród. Czasem sobie tłumaczę to czymś w rodzaju misji, zaopiekowania się kawałkiem Ziemi i zapewnieniu mu maksymalnej bioróżnorodności, czasem chcę po prostu mieć zdrową żywność, świeże powietrze i święty spokój. Moja mama zaś twierdzi, że odezwały się we mnie geny drugiej babci, której zresztą nigdy nie poznałam. Dziwne to.

3 komentarze:

  1. Dziwne, dziwne...Ja u mamy na działce, którą uprawia z pasją, przeżywałam raczej katusze :) A teraz co? Oderwać się od swojej ziemi nie mogę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja ogród uprawiam dopiero drugi sezon z tym, że ogród był kiedyś uprawiany przez przedków...

    OdpowiedzUsuń